Angels Landing, czyli Zion u twych stóp

Angels Landing uważany jest za jeden z najniebezpieczniejszych szlaków USA. Znajduje się on na terenie Parku Narodowego Zion (Zion National Park). Moje pierwsze przemyślenia na temat tego szlaku można podsumować jednym zdaniem- „Nie, dziękuję.”. Ręce mi się trzęsły od samego patrzenia na te stromizny i łańcuchy na zdjęciach. Ale z każdym rokiem moja fascynacja tym miejscem rosła i w końcu w zeszłym roku decyzja zapadła, idziemy!

Angels Landing „zaatakowaliśmy” w maju 2017 roku. Maj to dobra pora na zwiedzanie południowego zachodu, jest dużo dni słonecznych, ale nie jest jeszcze bardzo gorąco.

Podstawą sukcesu zwiedzania parku Zion to znalezienie miejsca do parkowania, po parku jeździ darmowy autobus, ale by z niego skorzystać, trzeba gdzieś zostawić swój samochód. Przy wjeździe do parku jest darmowy parking, nie jest on jednak z gumy i rano szybko się zapełnia. Ważne: po Scenic Drive (główna parkowa droga w Zion)  nie można poruszać się własnym samochodem, za wyjątkiem stycznia i lutego.

W maju parkowy autobus zaczynał kursowanie o godzinie 7-ej rano. Postanowiliśmy tuż przed siódmą być na terenie parku. Dzień zaczął się mało fortunnie, bo część naszej grupy, do tej pory bardzo zdyscyplinowana, tego dnia akurat zaspała. Po obudzeniu zebrali się błyskawicznie, ale niestety musieli zadowolić się jedynie bananami złapanymi w biegu, bo nie było już czasu na śniadanie. Gdy dojechaliśmy na parking było jeszcze kilka wolnych miejsc, natomiast do autobusu ustawiła się już długa kolejka. Gdy pierwszy autobus podjechał po pasażerów, my niestety już się nie zmieściliśmy i musieliśmy poczekać na następny. Po kilku  minutach już był i uradowani zajęliśmy w nim miejsca. Odetchnęliśmy z ulgą, a więc 50% planu mamy zrealizowane, udało nam się zaparkować, dostać do autobusu, teraz już tylko trzeba wejść na tę górę.

 

angels landing zion
Wyruszamy na Angels Landing

 

Liczyliśmy się z tłumami, ponieważ była niedziela. Niedzielę wybraliśmy z premedytacją, bo  według prognoz dzień miał być pochmurny, a to najlepsze warunki do fotografowania doliny po wejściu na Angels Landing. Oczywiście zanim doszliśmy na szczyt świeciło słońce, a na niebie nie było prawie żadnej chmury.  Razem z nami z autobusu na przystanku do Angels Landing wysiadł dziki tłum. Zwartą grupą zaczęliśmy wędrówkę. Wchodzenie pod górę nie jest naszą mocną stroną, więc wszyscy nas wyprzedzili i mogliśmy iść w samotności. Nie trwało to długo, bo szybko znaleźliśmy się na czele grupy pasażerów następnego autobusu,  właśnie nas doganiali. I tak będąc w awangardzie wielu kolejnych grup, posuwaliśmy się do przodu.

 

angels landing zion
Kręta i stroma droga w górę
angels landing zion
Widoki ze szlaku, w dole Virgin River

 

Pierwsza część szlaku to raczej spacer, jak po parku, po asfaltowej ścieżce, tyle że mocno pod górę. I tak doszliśmy do Scout’s Lookout. To taka jakby skalna platforma, gdzie można przysiąść, odsapnąć i zastanowić się nad własnym życiem. Można też przesłać rodzinie wiadomość, gdzie mamy schowany testament (jest zasięg). To tutaj właśnie podejmowane są decyzje, czy iść dalej, czy zawracać. A widok stąd jest piękny, przed nami Touchstone Wall, a w dole rzeka Virgin, no a z boku, niestety, wąska jak żyletka grań Angels Landing. Przed nami pół mili tą granią na szczyt.

Nasza wesoła i zazwyczaj rozgadana grupa zrobiła się jakaś dziwnie milcząca. Staliśmy i patrzyliśmy na łańcuchy przymocowane do skały i początek szlaku pod kątem 40 stopni. W dole ziała półkilometrowa przepaść. Jeśli dalej jest tak jak tutaj, to chyba się nie piszę. Im dłużej tak stałam i  patrzyłam na to, co przede mną, tym większy ogarniał mnie strach powoli przechodzący w przerażenie i w końcu w panikę. Mam straszny lęk wysokości i na pewno było mi trudniej niż reszcie grupy.

Postanowiłam natychmiast iść do przodu, bo każda chwila kontemplacji powodowała, że ogarniała mnie coraz większa trwoga. I to jest rada dla wszystkich z lękiem wysokości, nie myśl, nie uruchamiaj wyobraźni, no i oczywiście nie patrz w dół.  Dopiero ostatnie pół mili będzie dla Ciebie wyzwaniem.

 

angels landing zion
Tą granią idziemy na szczyt

 

Wyruszyliśmy. Po pokonaniu pierwszego mocno pochyłego odcinka szlak zrobił się prostszy. Droga prowadzi zwykle ok. jednego metra, czasem więcej, od przepaści, także przez większość czasu, jeśli specjalnie nie spoglądasz, to przepaści za bardzo nie widzisz, co znacznie ułatwia wspinaczkę osobom z lękiem wysokości. Po pewnym czasie nawet zapominasz, jak wysoko jesteś. Do pewnego momentu. I to jest naprawdę horror, ok. 4 metry szerokiej na ok. 1 metra grani, z półkilometrową przepaścią po obu stronach. I to jest najgorszy fragment szlaku.  [LINK]  Trzeba to przejść szybko, nie patrzeć na boki i nie rozmyślać, a dalej to już prawie bezstresowo.

Na końcu szlaku czekają niezapomniane widoki (mącone jedynie perspektywą ponownego przejścia ową granią). U stóp masz cały Zion z widokiem 360 stopni. To jest coś, czego się nie zapomina! Niestety na szczycie razem z nami przebywało kilkadziesiąt osób. Momentami trudno było znaleźć miejsce, by bezpiecznie postawić nogę. Aby usiąść i zdjąć plecak, trzeba już było się rozpychać. Cóż, weekend w Zion.

 

angels landing zion
Widok na Great White Throne i dolinę
angels landing zion
Widok na Touchstone Wall
angels landing zion
Czy widzisz te tłumy na szczycie…?

 

Na szczycie siedzieliśmy wprost proporcjonalnie do poziomu strachu, jaki towarzyszył niektórym z nas (bo nie wszystkim), czyli bardzo długo. Po kilkudziesięciu minutach postanowiliśmy wracać. Wystartowaliśmy bardzo wcześnie rano, więc gdy szliśmy na szczyt mało kto schodził. Natomiast, gdy wracaliśmy, w górę waliły tłumy. Momentami robiło się bardzo niebezpiecznie, bo ludzie strasznie się pchali. Tłum parł w obu kierunkach, mając swoje i nasze bezpieczeństwo za nic. Momentami dochodziło do dantejskich scen. Bardziej niecierpliwi przepychali się na siłę, powodując poważne zagrożenia dla innych. Najgorsze były chińskie wycieczki, które parły do przodu niczym Guderian przez Francję.

Osobną kategorię stanowili panowie w podkoszulkach, którzy praktycznie zbiegali ze szlaku, irytując się, gdy nagle musieli zwolnić, bo ktoś znalazł się na ich drodze. Na szlaku jest wiele miejsc, gdzie można się bezpiecznie wyminąć. Ci jednak nie chcieli poczekać nawet minuty, by można było ustąpić im miejsca na bezpiecznej mijance. W bardziej niebezpiecznych miejscach małżonek z moim bratem po prostu blokowali ich ciałem, bym mogła bezpiecznie przejść z córką w najgorszych miejscach.

W pewnej chwili zrobiło się bardzo niebezpiecznie, bo na pochyłej grani powstał korek i część ludzi wisiała na łańcuchach, a część przepychała się obok i ponad nimi do przodu. Po chwili rozległ się za naszymi plecami trafny osąd sytuacji wyartykułowany w naszej mowie ojczystej: „Zaraz się stąd, ku…, ktoś spierdz…”. Rodacy w prostych żołnierskich słowach oddali grozę sytuacji. Małżonek nie czekając, aż ta groźba się sprawdzi, krzyknął do napierającego tłumu, by przestali się pchać i ustąpili miejsca tym, co schodzą, bo nowi ludzie po prostu się tu nie zmieszczą. Na szczęście posłuchali i bezpiecznie zeszliśmy.

Gdybym miała podsumować naszą wędrówkę, to mogę stwierdzić, że szlak nie jest trudny, osoby z lękiem wysokości dadzą radę. Są tu tylko dwie niebezpieczne sytuacje: owa grań oraz inni ludzie. Na to jest tylko jedna rada, stay your ground, nie daj się odepchnąć od łańcucha. Ten, co się pcha, ten ma problem, jeśli nie ma się czego złapać. Zamiast się pchać, powinien pozwolić ci bezpiecznie zejść, a tak naraża i ciebie i siebie.

Poczytałam sobie o ludziach, którzy zginęli na Angels Landing. Ostatnio co roku jest jeden wypadek śmiertelny. Niestety, w ten poniedziałek (5.02.18.) spadła z Angels Landing 13-letnia dziewczynka, to pierwsza śmierć w tym roku. Świadkowie nie widzieli, jak spadała, ale słyszeli jej krzyk.  W zeszłym roku, tuż przed naszą wędrówką spadł mężczyzna, który chcąc uniknąć tłumów wyruszył wieczorem i wracał w nocy. Niektóre ofiary spadały na oczach świadków. Ci potwierdzają, że upadek przeważnie był konsekwencją dużej nieostrożności, albo wygłupów. Jeden pan spadł siusiając z klifu, drugi wystawiając  jedną nogą nad przepaścią, trzeci robiąc zdjęcie cofając się w przepaść, czwarty, 14-letni uczestnik wycieczki skautów, spadł usiłując wyryć swoje imię na klifie.

Ja jakoś ten szlak przeżyłam, aczkolwiek moja podświadomość odreagowywała ten stres przez tydzień, podsuwając mi co noc sny o chodzeniu po rusztowaniu zawieszonym na nowojorskim wieżowcu.

Zdjęcia w większości wykonali Wawrzyniec Muszyński-Sulima, Miłosz Sulima i Radosław Sulima, bo ja się tak bałam, że aparat wyciągnęłam dopiero na szczycie. Chyba żadnego Sulimy nie pominęłam. 😉

 

angels landing zion
Dobrze już być z powrotem na dole

 

Podsumowanie

Na szlak warto zabrać rękawiczki (wystarczą zwyczajne rękawiczki z antypoślizgową perforacją), bo łańcuchy są śliskie i nieprzyjemne w dotyku, latem mogą być gorące.

Kiedy najlepiej wyruszyć na szlak?

Z samego rana, pierwszym autobusem. Poza sezonem późne popołudnie też pozwoli uniknąć tłumów. Weekendów i świąt unikamy jak ognia!

Przystanek

The Grotto, szósty przystanek

Długość szlaku

8 km w obie strony, 500m różnicy wzniesień, czas wędrówki to ok. 4 godziny w obie strony.

Najlepszy czas na zdjęcia

Wczesne popołudnie, ale w słoneczny dzień zawsze będziemy walczyć z intensywnymi cieniami. Idealne warunki to zachmurzone niebo. Przyda się szerokokątny obiektyw.

O pozostałych szlakach w Zion przeczytacie tutaj:

Zion, czyli witajcie w raju




26 komentarzy

  1. Byłam dzisiaj w księgarni…tak, z ciekawości zobaczyć jakie są dostępne przewodniki po USA….i powiem Ci szczerze, że marzę o przewodniku napisanym Twoją ręką <3
    A co do kultury na szlakach…hmm…niestety u nas jest to samo, dlatego jesteśmy zwolennikami wychodzenia w góry o 4/5 rano. Nasze Tatry są piękne i puste o poranku…są tylko kozice, świstaki i takie szajbusy jak my 🙂 nie ma nic piękniejszego jak śniadanie w wersji spartańskiej, herbata z termosu…..i ta cisza…i te widoki 🙂
    Mam nadzieję, że nie trafimy na dzikie tłumy 😉

    1. To widzę, że jesteśmy bratnie dusze! 🙂
      My też wolimy wcześnie wstać, a czasem nawet nie spać, by piękne miejsca mieć tylko dla siebie.
      Z Zionem jest ten problem, że ten autobus kursuje od 7am, a w sezonie od 6am i wszyscy wyruszają o tej samej porze. Byliśmy ostatnio w styczniu i mogliśmy wjechać naszym samochodem, ale większość szlaków była tak oblodzona, że strach było wejść. Angels Landing też sobie wtedy odpuściliśmy.
      A jak będą tłumy to nie dajcie się odepchnąć od łańcuchów jak Polska od morza 😉

  2. Nic tylko się zebrać i pojechać. Super opisane! Zawsze byłam ciekawa jak się tam zabrać 🙂 niesamowite! Przewodnik musi kiedyś być bo bez internetu w stanach lepiej papier mieć ze sobą.. :))

    1. Bardzo dziękuję za ciepłe przyjęcie! Ja osobiście też jestem miłośniczką papieru i myślę, że przewodnik to krok następny. Właśnie pracuję nad kompleksowym wpisem o Zion i przeglądam 50 tysięcy zdjęć. Jak już na etapie bloga zrobię wstępną selekcję to już potem będzie łatwiej z przewodnikiem. 🙂

  3. Hejka Dorota, Musze przyznać ze nie tylko mamy wspólną pasję nauczania, ale także podróżowania …. to tak na dzień dobry … Świetnie opisałaś panujący tam klimat i nie tylko ..Rzeczywiście te przepychanki sa najbardziej niebezpieczne i naprawdę trzeba uważać aby nie być zrzuconym przez nieodpowiedzialnych ludzi, którzy gonią tak jakby na końcu tego szlaku była jeszcze daleka droga,… a tam tylko miejsce do podziwiania .Polecam jeszcze te dolne partie Narrow Zion hike- gdzie można także przejść woda poszczególne trasy …Przeszłam! są niesamowite i tez trzeba uważać aby mieć odpowiednie obuwie bo chodzenie po wodzie możne być( wbrew pozorom) tez niebezpieczne …:)Uważam, ze Antylopa i Zion Park to najpiękniejsze parki…Zresztą o czym my mówimy …. Amerykę się albo kocha albo nienawidzi …ha ha ha Ja ja pokochałam z całym jej dobytkiem:) i rozumiem Twoje fascynacje USA ,,,, tez to mam … Pisz dalej ..

    1. Sam szlak, poza tym jednym miejscem, nie jest bardzo straszny, ale ja miałam śmierć w oczach, jak mi pan w podkoszulce dziecko spychał, bo mu się spieszyło. Ta dziewczynka, co spadła w tym tygodniu szła sama, rodzice poszli dalej, a ona sama zawróciła ze szlaku. Nie bardzo wiem, jak można dziecko zostawić samo w takim miejscu, no ale amerykańskie dzieci są bardziej samodzielne, a rodzice tak się specjalnie nie trzęsą nad nimi jak u nas.
      Piszę dalej i walczę z tysiącami zdjęć w pudłach 🙂

  4. Sama nie wierzę, że tam weszłam – mam lęk wysokości. Stwierdziłam, że spróbuję, najwyżej zrezygnuję w trakcie i wrócę. Na dzień dobry spotkałam chłopaka, który był przytulony do skały ze strachu. Fakt, największe niebezpieczeństwo to przepychanie się między tymi ludźmi. Z powrotem nie odczuwałam żadnego strachu. Mam wrażenie, że ta skała z dołu wygląda bardziej przerażająco, niż jest w rzeczywistości.

    1. W pełni się zgadzam, wszystko wygląda gorzej niż jest w rzeczywistości. Ja się bałam tylko w tym jednym wąskim miejscu, no i bałam się, czy mi dziecka nie zepchną. Ludzie to największe tutaj niebezpieczeństwo.

  5. Od 8 miesięcy przygotowuję wyjazd w ten region USA.Wszystko mam opracowane. Nigdy nie sądziłem, że będę miał problem z znalezieniem 2-3 osób na wyjazd w maju. Jestem zrozpaczony. Jak Wam zazdroszczę.

  6. Bardzo dziekuje za ten wpis. Jest naprawde bardzo pomocny i interesujacy. W kwoetniu po raz pierszy wybieramy sie w te okolice i szczerze mowoac nie wiem czy akurat ten szlak wybierzemy. Po przeczytaniu opisu naprawde sie wystraszylam. Leku wysokosci nie mam za bardzo ale wole jakies stabilniejsze drabinki 🙂 przeczytam pozniej jeszcze raz post o wszystkoch szlaalvh o cos wybierzemy. Jeszcze raz bardzo dziekuje

    1. Bardzo dziękuję za taki pozytywny komentarz! 🙂
      Mniej niebezpieczny, a z równie pięknymi widokami jest Observation Point. Jest trochę dłuższy i nie taki „sławny”, ale dzięki temu można tu zaznać chwili samotności. Ale samo Angels Landing nie jest aż tak straszne, trzeba tylko wyjść wcześnie rano i nie w weekend. 🙂

  7. Cześć Dorota, z tej strony też Dorota. Czytam i się uśmiecham do własnych wspomnien. Większość miejsc z twojego bloga odwiedziłam, poznalam. Ale cieszę się bo dzięki Tobie też wpadł pomysł na odwiedzenie kilku nowych miejsc.
    Angel’s Landing miałam przyjemność przejść w połowie grudnia 2017. Zero śniegu, zero lodu, temperatura około 55F. Rewelacyjne warunki do hikingu. A ponieważ był to środek tygodnie to udało się uniknąć tłumów…
    Mam tylko jedną korektę do twojego wpisu. W grudniu też można jeździć własnym samochodem po parku

    1. Cześć Dorota, witam moją imienniczkę! 🙂 Bardzo dziękuję za miłe słowa, bardzo się cieszę, że moje wpisy inspirują do odwiedzania nowych miejsc. Przepraszam, że odpowiadam z opóźnieniem, ale właśnie dzisiaj wróciliśmy z naszej kolejnej wyprawy po Utah i Arizonie. Fakt, w grudniu też nie działa autobus, ale w grudniu nigdy nie byliśmy, jeździmy ferie zimowe, czyli albo w styczniu albo w lutym. Sam szlak na Angels Landing też dobrze wspominam, bo przełamałam tu swój strach i byłam bardzo z siebie dumna, że się udało. Teraz planuję West Rim Trail, czyli ze Scouts Point zamiast w prawo, to w lewo. Może zahaczę też znów o Angels Landing. 🙂 Pozdrawiam serdecznie i życzę wciąż nowych, wspaniałych wędrówek. 🙂

    1. Trzeba się zmierzyć z tym lękiem. 🙂 Ja jestem potwornym panikarzem i mam straszny lęk wysokości, ale dałam radę, chociaż szłam z nastawieniem, że nic z tego. Warto spróbować, można dojść do Scouts Point i ewentualnie zawrócić. Ja miałam taki plan, ale poszło lepiej niż się spodziewałam i w efekcie dotarłam na szczyt. Powodzenia i proszę się nie bać! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *